Ostatnie lata szalenie wyczuliły nas na zagrożenia związane z przerostem zadłużenia publicznego. Kryzys długu publicznego (suvereign debt crisis) po obu stronach Atlantyku kosztował miliony ludzi utratę pracy i pogorszenie jakości życia. Dziś nikt nie chce pójść w ślady Grecji, ale w styczniu 2001 roku nad Stanami Zjednoczonymi zawisło zupełnie inne widmo, które wprawiało ekonomistów w przerażenie. Była to groźba… spłacenia całego amerykańskiego długu publicznego.
Scheda po Clintonie
Regularne i wysokie nadwyżki były miłą pozostałością ekonomiczną po dwóch kadencjach Billa Clintona. Po trzech kadencjach dominacji politycznej Republikanów amerykańskie finanse publiczne były w opłakanym stanie. Prezydent Reagan finansował obniżki podatków drastycznie narastającym deficytem, a rządzący po nim Bush Senior był ekonomicznie zbyt nieudolny, by ograniczyć rozmiary dziury budżetowej (nie pomogła mu w tym również pierwsza wojna w Zatoce Perskiej). Clinton wygrał wybory słynnym hasłem Gospodarka, głupcze i nie zawiódł pokładanych w nim nadziei. Przeprowadził masową deregulację sektora bankowego, zredukował wydatki publiczne i uporządkował przychody. Kongres przegłosowywał pakiet prezydenckich reform gospodarczych w atmosferze święta państwowego i przy wielkim narodowym uniesieniu zgromadzonych.